Ilu was było:

środa, 27 czerwca 2012

Rozdział I-Nadzieja i Ciemność

    Hej! A oto i pierwszy rozdział. Tak-JEST KRÓTKI,ale to na razie przedsmak całej reszty. Myślę,że jednak nie wykazałam się oryginalnością. Kolejna pokrzywdzona przez los dziewczynka. Kogo to obchodzi? Dla informacji KURSYWA TO RETROSPEKCJA. Whatever...
PROSZĘ O ODTWORZENIE TEJ PIOSENKI PRZED ROZPOCZĘCIEM CZYTANIA:
                                                              Los Angeles, rok 1978
   Mówili na nią Pani Nadzieja, choć jej ciało składało się z ran. Mówili na nią Obca, choć nigdzie nie czuła się bardziej obca niż we własnym domu. Trzymała w ręku kartkę z napisem:

DAJ MI NADZIEJĘ
POZWÓL UWIERZYĆ W LUDZKOŚĆ

   A ludzie znali już te dwa wersy na pamięć. Mijali ją bez słowa. Milczeli, jak ona przez większość życia. Spuszczali wzrok, by nie dać po sobie poznać, że postać dziewczyny ich interesuje. Byli ciekawi skąd się wzięła, kim jest, jak się nazywa, ale bali się jej. Dla nich była tylko obcą.
   Ona sama nie wiedziała wiele o sobie, oprócz tego, że jej dotychczasowe życie było jednym wielkim kłamstwem.
   Ochrzczono ją jako Starlight, ale to wszystko było takie na pokaz, tak jak miłość, którą okazywano jej tylko na przyjęciach, w czasie świąt, przy ludziach. Rzeczywistość była jednak bardziej okrutna. Dziewczyna do swoich 18 urodzin nie wiedziała, dlaczego na jej ciele pojawiają się nowe siniaki za każdym razem, gdy powie do swojego opiekuna "tato". Nie wiedziała, czemu kazano jej sypiać w ciasnej komórce, jeśli ciasnota i ciemność były dla niej największym przekleństwem. Nie rozumiała sensu swojego istnienia. Żyła w ciemnej ulicy. Za dnia siadywała na jej rogu ze swoją kartką i błagała o przywrócenie jej wiary w ludzi. Nocami wychodziła na miasto, by zarobić na trochę jedzenia. Nie chciała być prostytutką. Tak wyszło. Musiała wybierać między walką o przetrwanie, a śmiercią z głodu.
   Tego dnia biedna dzielnica Los Angeles była wyjątkowo pusta. Cisza obijała się o uszy dziewczyny niczym ostrze, które było gorsze niż najgłośniejszy krzyk. Siedziała jak zwykle ze spuszczoną głową wpatrując się w płytę chodnika, jakby ta ukrywała niezwykłe obrazy. Nie myślała o niczym. W głowie miała ciemność i pustkę. Dłonie, zawsze pewnie trzymające pożółkłą kartkę, trzęsły się i odmawiały współpracy. Ciałem dziewczyny raz po raz wstrząsały gwałtowne ataki kaszlu, które wręcz rozszarpywały jej gardło od środka.
   Nagle usłyszała kroki. Chyba pierwsze tego dnia. Odgarnęła długie, zniszczone włosy z ust i zaczęła szeptać:
DAJ MI NADZIEJĘ
   Nie wierzyła w cuda. Była pewna, że po raz kolejny nikt się nie zatrzyma, ale kroki ucichły. Ktoś stał przy niej, wpatrywał się w nią. Ktoś zaśmiał się szyderczo i wydał z siebie ogłuszające gwizdnięcie. Starlight poczuła ból. Nieznajomy pociągnął ją z całej siły za włosy, by spojrzała mu w oczy, ale ona zacisnęła powieki. Dobrze wiedziała co się teraz stanie.
-Życie jest brutalne, Lady Hope, a nadzieja to matka głupich.-zaszydził nieznajomy-Jeszcze o tym nie wiesz?
   Usłyszała kolejne kroki, potem następne. Było ich już trzech. Banda bydlaków bez skrupułów i mała Starlight-krucha i delikatna niczym laleczka z porcelany. Z pomiędzy zaciśniętych powiek dziewczyny płynęły pojedyncze, drobne łezki. Każdy najdrobniejszy ruch wywoływał ogromny ból. Mimo to kiwała się w przód i w tył nie przestając szeptać:
-Daj mi nadzieję,daj mi nadzieję,daj mi nadzieję...
-Popatrz na mnie,suko!-krzyknął nieznajomy-Patrz! W chuju mam twoją nadzieję!
   Znieczuliła się. Stała się głucha na jego krzyki i obelgi. Wiedziała, że jest silniejszy i walka z nim nie ma sensu. Po raz kolejny przegrała.
***
-Anokhi...
   Kobiecy głos był dziwnie znajomy.
-Anokhi...
   Powtarzał raz po raz to jedno dziwne słowo.
-Anokhi...
   Starlight spojrzała w górę. Wszystkie kształty były rozmazane. Łącznie z osobą, która stała nad nią. Postać stała pod słońce, co sprawiało, że wydawała się mroczniejsza niż była w rzeczywistości. Była ubrana w czarną sukienkę i delikatny, zwiewny płaszcz w tym samym kolorze. Skórę miała złocisto brązową, a włosy niczym krucze skrzydła.
-Anokhi...
-Kim jesteś?-spytała dziewczyna.
-Dla ciebie mogę być wszystkim. Jestem ciemnością i światłem, nadzieją i jej brakiem. Rozjaśniam ludziom drogę przez życie, Anokhi.
-Co to jest Anokhi?
-To twoje imię, skarbie.
-Jestem Starlight.
-Nic o sobie nie wiesz. Nic. Wszystko co cię otacza to kłamstwo. Żyjesz kłamstwem.
-Ja żyję? Nie znam cię, ale powiem ci jedno: Nie mogę egzystować w kłamstwie. Umarłam. Dawno temu, jako mała dziewczynka.-syknęła Starlight-Moi rodzice mnie katowali, a potem opuścili, straciłam jedynego przyjaciela-być może na zawsze, nie wiem o sobie nic poza moim wiekiem i imieniem! Jakim sposobem możesz wiedzieć więcej ode mnie?!
-Mała, biedna Anokhi... Twoi rodzice cię nie opuścili. Ludzie, których tak nazywałaś nie byli z tobą nawet spokrewnieni. Znałam twoją prawdziwą matkę. Oddała życie, byś ty mogła przeżyć swoje. A ojciec? Wiem, gdzie go szukać, ale jeszcze nie czas. Jeszcze nie możesz się tego dowiedzieć.
-Zostaw mnie!-dziewczyna odskoczyła od nieznajomej, jakby ta parzyła ją swoim spojrzeniem- Kłamiesz!
-Mała, biedna Anokhi...-powtórzyła nieznajoma z ironicznym uśmiechem i zniknęła za rogiem ciemnej ulicy.

-Jesteś kimś niezwykłym, córeczko. Czeka cię piękne życie-wierzę w to. Ty też powinnaś.
Mała, ufna istotka wtuliła się w czarne włosy matki. Nie znała bezpieczniejszego miejsca, niż objęcia kobiety, która kochała ją ponad swoje życie.

  Słowa "Ciemności i światła" rozbrzmiewały w głowie dziewczyny przeplatane dziwnie znajomymi obrazami. Nie wiedziała skąd się brały. Widziała ciemne pomieszczenie wypełnione ludźmi, wystraszone dzieci i wiecznie uśmiechniętą kobietę, która przytulała dwuletnią może dziewczynkę. Przeszłość... Nie. To nie możliwe.

niedziela, 24 czerwca 2012

hmm?

No tak. Jak zwykle muszę napisać jakąś informację,bo aż mnie korci ;)
Pierwszy rozdział za niedługo ( w fazie tworzenia ).
Dziękuję za tak wspaniałe opinie, ale nie przesadzajmy.
Mam syndrom "napiszzajebistyprolog-spieprzcałeopowiadanie" więc to chyba nie będzie coś cudownego. ;<

Poza tym zapraszam na MÓJ DRUGI BLOG , który chyba też przeniosę na blogspota mimo, że mi się cholernie nie chce.

To czekajcie i pozdrawiam :**
(chcesz pogadać? wymienić doświadczenia? być informowanym na bierząco? zostaw mi tu adres swojego bloga,dodaj mnie do obserwowanych, lub napisz na gg 10130360-wszyscy bardzo mile widziani)
Do przeczytania! :)

wtorek, 12 czerwca 2012

***

                                                                 Sri Lanka, rok 1964

  Dom. Dom, którego domem nie można było nazwać. Budynek. Tak lepiej. Szary, prostokątny gmach
z wybitymi oknami, dziurawymi, odrapanymi drzwiami, z których wystawały ogromne drzazgi, kruszącymi się ścianami. Mimo tych wad na tle slamsów odznaczał się bardzo mocno. Jako jedyny w promieniu kilku kilometrów został wybudowany z porządnych materiałów, a nie odpadków, jakie widywało się na wysypiskach śmieci i w rzekach. Gmach otoczony był drutem kolczastym. Gdzieniegdzie na metalowych prętach widniały zaschnięte plamy krwi. Przy bramie stała dwójka ludzi. Mieli karabiny i noże. Zabijali. Taki dostali rozkaz.
  Budynek miał jeszcze kilka tajemnic. Znajdowała się w nim piwnica. Była głęboka, ale ciasna. Tłumiła oddechy kilkudziesięciu przerażonych ludzi. Nie zawinili niczemu i nikomu. Po prostu padli ofiarą kaprysu. Chorej żądzy mordowania tych, którzy nie mieli szans się bronić. Dzień w dzień staczali walkę o przetrwanie, ale życie nie dało im prawa do wyboru, oprócz tego, czy zginąć od kuli, czy z głodu.
  Było w tej piwnicy sporo dzieci-małych lankijczyków, którzy mogli stać się przyszłością narodu. Wojna zgasiła w nich wszelkie ambicje, a z wychudzonych twarzy zamazała uśmiechy. Nie słychać było radosnych okrzyków świadczących o zabawie, bo dzieci nie miały czym się bawić. Siedziały otoczone ramionami rodziców ufnie patrząc im w oczy i słuchając ich bajek o lepszej przyszłości.
  Ciszę raz po raz przerywał pojedynczy chichot. Między stłoczonymi ludźmi biegała mała dwuletnia dziewczynka. Różniła się od nich. Miała trochę inny kolor skóry, trochę inny odcień oczu, trochę inną fakturę włosów. Matka nadała jej imię Anokhi, czyli niezwykła. Dziecko jednak było odpychane przez ludzi, straszone i szkalowane. Wszyscy wiedzieli, że ta istota była córką jednego z tych białych, którzy zgotowali im los gorszy od piekła. Nazywali ją dzieckiem szatana, złym znakiem, a jej matkę czarownicą i nieczystą.
  Po miesiącach oczekiwań i życia w ciągłym strachu nadeszło wybawienie-armia brytyjska. Udało im się wyzwolić cierpiący naród, ale dla więźniów szarego gmachu było za późno. Pewnego dnia do piwnicy weszli strażnicy spod bramy. Podnieśli karabiny i zaczęli strzelać do płaczących, błagających o litość i napierających na ściany przerażonych ludzi. Nie mieli żadnych zahamowań. Nie obchodziło ich, czy strzelają do kobiety, czy do dziecka, czy mężczyzny. Zabijali, by pozbyć się problemu. Matka-czarownica widząc co się dzieję złapała Anokhi i schowała dziewczynkę w szczelinie między ścianami. Płacząc histerycznie kazała siedzieć małej bez słowa, nie pokazywać się. Chwilę później matkę dosięgła kula jednego z morderców. Padła bez życia na szarą podłogę z twarzą spływającą brudem i słonymi łzami rozpaczy.
                                                                     ***
-Słyszysz to?
-Te piski? Pewnie myszy...
-Sprawdź!
  Do oczu małej dziewczynki dostało się światło. Bolało. Och, jak potwornie bolało. Skrzywiła się. Po chwili poczuła, że ktoś ją bierze na ręce.
-Patrz, John. Niezły numer, nie?
-Dziecko!
-Co z nią zrobimy?
-Trzeba ją stąd zabrać.